Szybowcem na dach świata - spotkanie z Sebastianem Kawą

Ile razy szliście na jakieś spotkanie z sercem i głową pełną nadziei. Pomimo zmęczenia, czy innych obowiązków poświęciliście chwilę, by choć na moment zjawić się na wydarzeniu, na które od dawna czekaliście. W końcu siadacie na sali pełnej osób, zaczyna się, odzywa się prelegent i... bach. 


O spotkaniu z Sebastianem Kawą dowiedziałam się z facebooka (jak o większości wydarzeń). Po sprawdzeniu, czy dam radę tam być, wpisałam godzinę do kalendarza i czekałam. 

Dawno nie miałam tak negatywnych odczuć. Lubię chodzić na takie spotkania ze względu na inspirację. Uwielbiam słuchać osób z pasją, dzięki którym sama wracając do domu układam sobie w głowie listę celów do zrealizowania. Tym razem było inaczej. Nie wiem, czy to ze względu na zmęczenie, bo na spotkanie jechałam prosto z pracy, czy głód bo tego dnia rejsy przez opóźnienia nakładały się na siebie i nie było czasu na jedzenie. Siedziałam na sali kompletnie niezadowolona. 

Prezentacja dobrze zrobiona, dlaczego i jak latają szybowce powiedziane, historia o przygodach związanych z planowaniem lotu opowiedziana, były żarty, śmieszne opowieści,  finał - lot nad Himalajami, a jednak coś mi nie pasowało. Co? Sposób mówienia pana Kawy. Nie podważam osiągnięć, których dokonał, wręcz podziwiam to co zrobił, ale wydaje się, że za duże zainteresowanie mediami ludzi zmienia, a w tym wypadku był to pokaz w stylu "patrzcie jaki jestem fajny". I tak, jest pan fajny - panie Sebastianie, ale wyniosłość z jaką, przy niektórych slajdach mówił o swoich dokonaniach raziła w oczy. 

I nie, nie zraziłam się do Sebastiana Kawy. W żadnym wypadku. Wciąż będę z zaciekawieniem obserwować kolejne jego dokonania. Jednakże już jako zwykły bierny widz sprzed ekranu komputera.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz